Mieszkam w Pucku od lat i wydawało mi się, że znam każdy zakątek tej części wybrzeża, ale do Motylarni w Rozewiu dotarłem dopiero w zeszłym roku. Wybraliśmy się tam w lipcowe popołudnie, szukając czegoś spokojniejszego niż gwarne centrum miejscowości. Jako osoba, która spędza mnóstwo czasu w ogrodzie, byłem ciekaw tych wszystkich egzotycznych motyli, których nie spotkamy w Polsce.
Muszę przyznać, że skala przedsięwzięcia robi wrażenie – to jedna z największych motylarni w naszym kraju. Najbardziej uderzyło mnie to, jak bardzo te owady różnią się od naszych rodzimych gatunków – miałem okazję z bliska podziwiać gigantyczne, jaskrawe okazy, które do tej pory widywałem tylko na filmach przyrodniczych.
Moje wrażenia:
- Najciekawszym punktem programu było dla mnie stanowisko z poczwarkami. Można tam z bliska zaobserwować proces, który zazwyczaj jest ukryty głęboko w gęstwinie. To uświadamia, jak skomplikowany jest rozwój tych owadów.
- Trzeba przygotować się na specyficzny mikroklimat. Wysoka wilgotność i temperatura są niezbędne dla przetrwania motyli, ale dla nas, zwiedzających, mogą być po pewnym czasie męczące. Z drugiej strony – zwiedzanie trwa maksymalnie 40 minut, więc nie jest to duży problem.
- Obiekt jest dobrze przygotowany, choć przy większej liczbie gości na ścieżkach bywa ciasno. Wymaga to od każdego sporej uważności, bo motyle często lądują w miejscach nieoczywistych, na przykład bezpośrednio w przejściu.
Podsumowanie: Wizyta w Motylarni Rozewie to przede wszystkim wartościowa lekcja biologii. Choć nie jest to placówka zajmująca się czynną ochroną gatunków zagrożonych, to świetnie pełni funkcję edukacyjną. Pozwala nam zrozumieć różnorodność świata owadów i zobaczyć stworzenia, które normalnie występują na innych kontynentach. Bardzo poruszyła mnie ta wizyta – teraz wybieram się do Helu, zwiedzić największą motylarnię w Polsce.