W naszej szkole w Pucku od tygodni żyliśmy konkursem plastycznym „Skrzydlata Egzotyka”. Nagroda była nie lada gratką – dla zwycięzców była to wycieczka do Motylarni w Rozewiu. Jako nauczycielka biologii wiedziałam, że to idealny moment, by wyjść poza schemat podręcznika i pokazać dzieciom na żywo to, o co zawsze pytają na lekcjach: jak właściwie odróżnić motyla od ćmy?
W szkole bazujemy na zdjęciach i filmach, jeśli chodzi o pokazywanie różnych grup owadów. W Motylarni dzieciaki szybko zrozumiały, że natura nie zawsze trzyma się sztywnych ram. To jedna z największych motylarni w Polsce, więc okazów do porównań nam nie brakowało. Od razu ruszyliśmy na poszukiwania różnic między motylami dziennymi a nocnymi.
Co udało nam się ustalić podczas obserwacji?
- Czułki to podstawa: Dzieciaki z lupami (w przenośni, bo motyle były na wyciągnięcie ręki) sprawdzały zakończenia czułków. Szybko wyłapały, że te „dzienne” mają cieniutkie nitki zakończone wyraźną buławką, podczas gdy okazy przypominające ćmy mają czułki pierzaste lub proste.
- Pozycja spoczynkowa: To była świetna zabawa – patrzyliśmy, który motyl składa skrzydła pionowo nad odwłokiem (typowe dla motyli dziennych), a który rozkłada je płasko jak dach lub „na samolot”.
- Kolory mogą mylić: Tutaj dzieci przeżyły największe zdziwienie. Myślały, że ćmy są tylko szare i bure, a w Rozewiu zobaczyły egzotyczne gatunki nocne (pawica atlas), które barwami biły na głowę nasze rodzime cytrynki! To była cenna lekcja, że świat owadów jest o wiele bogatszy, niż nam się wydaje.
Atmosfera i warunki: Muszę przyznać, że jako opiekun grupy miałam ręce pełne roboty. Wewnątrz panuje tropikalna aura – wysoka temperatura i wilgotność są niezbędne dla przetrwania motyli. Warto się na to przygotować i zadbać o odpowiedni strój. Trzeba też pilnować, żeby dzieci nie biegały i nie próbowały dotykać skrzydeł motyli, co przy tak bliskim kontakcie z naturą wymaga od uczniów sporej dyscypliny.
Moja opinia jako pedagoga: Czy warto było jechać z Pucka do Rozewia? Tak, choć wizyta w Motylarni nie zastąpi systematycznej nauki, to na pewno daje ogrom inspiracji i praktycznej wiedzy. Zobaczenie gatunków, których w Polsce naturalnie nie ma, otwiera dzieciom głowy na bioróżnorodność świata. Obiekt jest nastawiony na ekspozycję – nie jest to instytut badawczy, ale jako “pomoc naukowa” sprawdza się znakomicie. Wyszliśmy nieco spoceni, ale bogatsi o wiedzę, której nie da się wyczytać z tablicy.