Jako babcia z wieloletnim stażem wiem dobrze, że zorganizowanie udanych wakacji dla wnucząt to nie lada sztuka. Kiedy w tym roku postanowiłam zabrać moje dwa skarby – dziesięcioletnią Amelkę i ośmioletniego Antosia – na tygodniowy wypoczynek nad polskie morze, od razu wybrałam Jastrzębią Górę. To cudowne miejsce, z którego mamy blisko do wszystkich najważniejszych punktów na mapie Wybrzeża. Przez te siedem dni grafik pękał w szwach: spacerowaliśmy dnem dzikiego Lisiego Jaru, podziwialiśmy fale z wysokiego klifu i wdrapaliśmy się na sam szczyt zabytkowej latarni morskiej. Choć stragany wzdłuż Promenady Światowida uginały się od plastikowych zabawek, muszelek z importu i krzykliwych gadżetów, czułam, że żadna z tych rzeczy nie będzie prawdziwą pamiątką. Chciałam podarować dzieciom coś, co zostanie w ich sercach na lata. Los sprawił, że najlepszy upominek znaleźliśmy na granicy Jastrzębiej Góry i Rozewia.
Magiczne chwile pośród kolorowych skrzydeł – zachwyt mojej wnuczki
Naszym absolutnym numerem jeden podczas całego wyjazdu okazała się Motylarnia Rozewie. Spędziliśmy tam blisko dwie godziny! To nie jest zwykłe, nudne muzeum z gablotami – to tętniący życiem, tropikalny świat ukryty pod niepozornym namiotem. Gdy tylko przekroczyliśmy próg, uderzyło nas przyjemne ciepło i feeria niesamowitych barw. Amelka dosłownie zamarła z zachwytu. Wokół nas, w specjalnie przygotowanej przestrzeni pełnej egzotycznych roślin, latały setki gigantycznych, wielobarwnych motyli z najdalszych zakątków świata.
Największą radość sprawił dzieciom fakt, że te delikatne stworzenia nic sobie nie robiły z obecności ludzi. Wnuczka piszczała z radości, gdy niebieskie i szmaragdowe motyle przelatywały tuż koło jej głowy, muskając powietrze skrzydełkami. W pewnym momencie owad usiadł prosto na jej jasnej sukience. Amelka stała bezruchu przez kilka minut, z zapartym tchem obserwując każdy ruch jego czułków. To właśnie to bezpośrednie obcowanie z dziką, egzotyczną przyrodą stało się dla niej najpiękniejszym prezentem. Żadna plastikowa lalka ze straganu nie wywołałaby na jej twarzy tak autentycznego, czystego zachwytu, który teraz wspomina każdego dnia po powrocie do domu.
Lekcja przyrody, która fascynuje – odkrycia mojego wnuka
Podczas gdy Amelka zachwycała się lekkością i kolorami latających piękności, mój wnuk Antoś zamienił się w prawdziwego odkrywcę i detektywa. Antoś od zawsze interesował się biologią, ale to, co zobaczył w Motylarni Rozewie, przerosło jego oczekiwania. Pracownicy obiektu z wielką pasją opowiadali nam o sekretach kamuflażu tych bezkręgowców, co całkowicie pochłonęło mojego wnuka. Największą fascynacją Antosia stały się motyle, które w toku ewolucji wykształciły niezwykłe zdolności obronne i wyglądały zupełnie jak liście.
Wnuk potrafił spędzić długie kwadranse przy jednym krzewie, wypatrując ukrytych owadów. Kiedy motyl składał skrzydła, stawał się całkowicie niewidoczny dla oka laika – na zewnętrznej stronie skrzydeł miał idealnie odwzorowane żyłki, przebarwienia, a nawet małe plamki imitujące uschnięte fragmenty liścia. Dla ośmiolatka taka lekcja biologii, gdzie teoria o przystosowaniu do środowiska materializuje się na wyciągnięcie ręki, była czymś niesamowitym.
Jako pamiątkę z tej wycieczki kupiliśmy dzieciom pięknie ilustrowane albumy o motylach oraz drobne, starannie wykonane magnesy z wizerunkami owadów, które teraz zdobią naszą lodówkę. Patrząc na nie, od razu przypominam sobie ten wyjątkowy dzień w Rozewiu. To zdecydowanie najlepszy prezent, jaki mogłam im podarować.