Jak przygotować dzieci do wizyty w Motylarni Rozewie, żeby zwiedzanie było spokojne?
Wybierając się z dwójką dzieci do Motylarni Rozewie w Jastrzębiej Górze, warto poświęcić kilka minut na przygotowania, bo to miejsce specyficzne pod względem warunków atmosferycznych i zasad zachowania. Obiekt przy ulicy Latarników to nie jest klasyczny pawilon wystawowy, ale żywy ekosystem, w którym panuje klimat tropikalny, co dla organizmu dziecka jest sporym przeskokiem temperatur, zwłaszcza jeśli na zewnątrz wieje akurat chłodny, nadmorski wiatr.
Pierwsza i najważniejsza kwestia to ubiór. Wewnątrz hali jest bardzo ciepło i panuje wysoka wilgotność, co jest niezbędne dla zdrowia egzotycznych motyli, ale dla nas bywa wyzwaniem. W sezonie letnim sprawa jest prosta – dzieci najlepiej czują się w krótkim rękawku i spodenkach. Problem pojawia się, gdy pogoda nad Bałtykiem nie dopisuje i przyjeżdżamy w bluzach czy kurtkach przeciwdeszczowych. Tutaj moja główna rada: zostawcie wierzchnie okrycia w samochodzie. Motylarnia nie posiada szatni, więc noszenie na rękach sterty kurtek dwóch osób dorosłych i dwójki dzieci w temperaturze bliskiej 30 stopniom Celsjusza to prosta droga do irytacji i przegrzania. My popełniliśmy ten błąd przy pierwszej próbie wejścia i po pięciu minutach byłam cała mokra, próbując jednocześnie pilnować dzieci i trzymać nasze rzeczy.
Kolejna sprawa to nawodnienie. Rodzic bezwzględnie powinien mieć przy sobie butelkę wody niegazowanej. Dzieci w tej wilgotności bardzo szybko zgłaszają pragnienie, a ciągłe wychodzenie i wracanie z hali tylko niepotrzebnie mąci spokój owadów i psuje rytm zwiedzania.
Przed przejściem przez progi hali przeprowadziłam z moimi dzieciakami poważną rozmowę na temat zasad panujących wewnątrz. Motyle to stworzenia niezwykle delikatne i każda próba ich dotknięcia, chwytania za skrzydła czy gonienia kończy się dla nich tragicznie. Uczuliłam Majkę i Krzysia, że w tym miejscu jesteśmy tylko gośćmi i musimy zachowywać się cicho. Hałas i gwałtowne ruchy płoszą owady, a przecież cała frajda polega na tym, by motyl sam chciał na nas usiąść. Wystarczy ubrać coś jaskrawego, na przykład żółtą lub różową koszulkę, bo to zwiększa szansę na to, że motyl nas “zauważy”.
Najważniejszą lekcją była jednak technika chodzenia. Motyle nie tylko latają pod sufitem, ale bardzo często schodzą niżej, by wypocząć bezpośrednio na alejkach spacerowych lub na liściach zwieszających się tuż nad ziemią. Trzeba patrzeć pod nogi przy każdym kroku. Moje dzieci dostały zadanie specjalne: bycie „strażnikami chodnika”. Musiały sprawdzać, czy pod nogami nie siedzi jakiś barwny okaz, którego moglibyśmy niechcący nadepnąć. To świetnie uczy uważności, choć przyznam, że jako mama musiałam mieć oczy dookoła głowy, bo przy wąskich przejściach w hali i gęstej roślinności łatwo o chwilę nieuwagi.
Jedynym minusem, na który warto zwrócić uwagę, jest właśnie ta ograniczona przestrzeń w przejściach. Przy większej liczbie odwiedzających, gdy każdy próbuje zrobić zdjęcie i jednocześnie uważać na dzieci, robi się po prostu ciasno. Momentami czułam lekką presję, by iść szybciej, mimo że dzieci chciały jeszcze postać przy inkubatorze z poczwarkami. Brakowało mi jakiegoś szerszego „punktu postojowego” dla rodzin, gdzie można by na spokojnie napić się wody bez blokowania przejścia innym. Mimo to, uważam, że Motylarnia Rozewie to punkt obowiązkowy. Jeśli tylko rodzic weźmie na siebie ciężar przygotowania dzieci i zostawi zbędny balast w aucie, wizyta będzie czystą przyjemnością i niesamowitą lekcją szacunku do przyrody