Czy Motylarnia Rozewie sprawdziła się jako spokojna atrakcja dla dziecka z ADHD?
Wyjazd do rodziny w Pucku w lipcu zeszłego roku miał być przede wszystkim czasem odpoczynku od szkolnego zgiełku, ale każdy rodzic dziecka z ADHD wie, że „odpoczynek” to pojęcie względne. Nasz dziesięcioletni Tomek to wulkan energii, który rzadko potrafi skupić się na jednej czynności dłużej niż przez kilka minut. Szukaliśmy więc miejsca, które by go autentycznie zaciekawiło, ale jednocześnie nie przebodźcowało nadmiarem hałasu czy agresywnych kolorów. Wybór padł na Motylarnię Rozewie, choć przyznam szczerze, miałam spore obawy, czy Tomek nie zacznie biegać między roślinami i czy starczy mu cierpliwości na obserwację owadów. To, co wydarzyło się na miejscu, było dla mnie największym zaskoczeniem całego wyjazdu.
Lokalizacja przy ulicy Latarników w Jastrzębiej Górze jest o tyle dobra, że po wizycie można od razu pójść na spacer pod latarnię, co planowaliśmy jako „wybieganie się” po spokojnym zwiedzaniu. Po przekroczeniu drzwi motylarni uderzyło nas ciepło i wilgoć. I tutaj pojawia się ten mały minus, o którym muszę wspomnieć – zapach wilgotnej ziemi i egzotycznej roślinności w tej temperaturze jest dość specyficzny. Dla osoby wrażliwej na zapachy może to być na początku lekka przeszkoda, ale po kilku minutach nos się przyzwyczaja i przestaje się na to zwracać uwagę.
Tomek wszedł do hali i nagle… zamilkł. To był ten moment, w którym setki skrzydeł poruszających się w powietrzu zadziałały na niego hipnotyzująco. Zamiast biegać, zaczął bardzo powoli przemieszczać się wzdłuż ścieżek. Okazało się, że obserwacja owadów w ruchu to dla niego doskonały trening uważności. Kiedy przewodnik, pan z ogromną wiedzą i spokojnym podejściem, zaczął opowiadać o tym, że motyle nie lubią gwałtownych ruchów, mój syn zamienił się w posąg. Stał przy jednym z karmników, gdzie na kawałku pomarańczy siedziały wielkie, ciemne motyle z rodziny niefalidów, i czekał, aż któryś rozłoży skrzydła. Spędziliśmy tam ponad godzinę, co w przypadku Tomka jest wynikiem wręcz rekordowym.
Niezwykle pomocne było to, że w cenie biletu mieliśmy opiekę przewodnika. Pan nie tylko wyłapywał ciekawostki, ale też zwracał uwagę na konkretne detale, których laik by nie zauważył – na przykład jak motyl rozwija swoją ssawkę, by pić nektar. Dla dziesięciolatka to była lekcja biologii podana w sposób najbardziej przystępny z możliwych. Widziałam, jak Tomek analizuje wzory na skrzydłach i próbuje odszukać te same gatunki w różnych częściach hali. To miejsce zadziałało na niego niesamowicie wyciszająco. Nawet gdy jeden z większych okazów usiadł mu na ramieniu, nie było gwałtownej reakcji, tylko szeroki uśmiech i szept, żeby go nie spłoszyć.
Jeśli miałabym na coś ponarzekać, to na szerokość przejść. W momencie, gdy do środka weszła kolejna grupa, zrobiło się dość ciasno i trudno było zachować ten intymny kontakt z naturą, na którym nam zależało. Musieliśmy się trochę nagimnastykować, żeby przepuścić inne osoby, nie wchodząc jednocześnie w szkodę roślinom. Przydałoby się tam nieco więcej przestrzeni w głównych ciągach komunikacyjnych, bo przy tej wilgotności i temperaturze tłok bywa męczący. Jednak z perspektywy rodzica dziecka, które zazwyczaj jest wszędzie i robi dużo hałasu, Motylarnia Rozewie okazała się miejscem magicznym. Tomek wyszedł stamtąd inny – spokojniejszy i autentycznie zafascynowany tym, co zobaczył. To nie była tylko atrakcja turystyczna, ale prawdziwa lekcja cierpliwości i szacunku do małych stworzeń, za co jestem twórcom tego miejsca bardzo wdzięczna.