Byliśmy we Władysławowie w lipcu 2025 i po trzech dniach deszczu szukaliśmy jakiejkolwiek atrakcji, żeby dziewczyny nie rozniosły nam pokoju. Znajomi z ośrodka podrzucili hasło „Motylarnia w Rozewiu”. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy.
Jak obiekt wygląda w środku? Pierwszy szok to temperatura. Wchodzisz i masz wrażenie, że jesteś w palmiarni. Jest duszno i wilgotno, więc jeśli macie na sobie warstwy „na cebulkę”, to po pięciu minutach będziecie je nosić w rękach. Moje córki na początku biegały jak szalone, bo motyle faktycznie latają wszędzie. Są ogromne, bardzo zróżnicowane pod kątem kolorystycznym i z pewnością nie da się takich spotkać na polskiej łące. Jeden niebieski motyl usiadł młodszej córce na czapce i siedział tam przez dobre 10 minut – zrobiłam jej mini sesję zdjęciową – pamiątka na całe życie.
Żeby nie było tak idealnie… Nie spodziewajcie się, że spędzicie na miejscu pół dnia. To jedna z największych motylarni w Polsce, ale to wciąż niezbyt duży namiot. Na szczęście zwiedzający nie są wpuszczani wszyscy na raz: wchodzi się grupkami, co kilkanaście minut. Co ważne: trzeba bardzo uważać pod nogi, bo motyle czasem lądują na ziemi i bałam się, że któraś z dziewczyn jakiegoś rozdepcze.
Plusy i minusy:
- Na plus: przewodnik, który opiekował się naszą grupą. Nie zanudzał, tylko przedstawiał konkretne informacje i ciekawostki, np. o tym, co te motyle jedzą (zgniłe owoce to hit dla dzieciaków), jak długo żyją i czym wyróżniają się poszczególne gatunki.
- Na minus: pół godziny w zupełności wystarczy, by zwiedzić obiekt w całości. Wiadomo, że z dzieciakami ten czas się wydłuża, ale myślałam, że zajmiemy dziewczynki przynajmniej na 2-3 godziny. Na szczęście niedaleko Motylarni jest zabytkowa Latarnia Morska, więc skierowaliśmy się tam od razu po zwiedzaniu.
Czy warto? Tak, nie żałujemy. To fajna odskocznia od plażowania, zwłaszcza przy braku pogody. Dziewczyny zachwycone, zdjęcia w telefonie wyglądają jak z National Geographic. Fajne miejsce na godzinę, nie na całe popołudnie.