Czy Motylarnia Rozewie to lepszy wybór niż głośny park rozrywki nad morzem?
Jako rodowity Zakopiańczyk, który całe życie spędza wśród tatrzańskich regli i potoków, do wyjazdów nad polskie morze podchodzę zawsze z pewną rezerwą. W zeszłym roku postanowiliśmy jednak z żoną i dwójką dzieciaków przejechać całe wybrzeże – od Świnoujścia aż po Hel. Przez dwa tygodnie zaliczyliśmy chyba wszystkie standardowe punkty programu: muzea, porty, niezliczone gofry i rejsy statkami. Do Jastrzębiej Góry dotarliśmy pod koniec drugiego tygodnia, a naszym głównym celem była historyczna Latarnia Morska w Rozewiu. O istnieniu Motylarni Rozewie, która mieści się tuż obok, dowiedzieliśmy się właściwie przez przypadek, widząc szyld przy drodze.
Przyznam szczerze, że pierwotny plan był inny – po latarni mieliśmy jechać prosto do Władysławowa, do jednego z tych głośnych parków rozrywki z dmuchańcami i karuzelami. Dzieciaki jednak, widząc zdjęcia egzotycznych owadów, uparły się tak mocno, że ulegliśmy. I muszę to powiedzieć głośno: to była jedna z najmądrzejszych decyzji podczas całego urlopu. Wybór natury zamiast plastiku i wszechobecnego hałasu automatów do gier okazał się strzałem w dziesiątkę. Zamiast przebodźcowania i wydawania pieniędzy na kolejne plastikowe pamiątki, zafundowaliśmy sobie godzinę w zupełnie innym świecie.
Z perspektywy kogoś, kto na co dzień żyje blisko przyrody, doceniam autentyczność tego miejsca. Motylarnia Rozewie to nie jest kolejna tandetna wystawa. Po wejściu do środka uderza tropikalna aura – jest bardzo gorąco i wilgotno, co dla nas, przyzwyczajonych do rześkiego, górskiego powietrza, było lekkim szokiem. Jednak ten mikroklimat jest potrzebny, by te stworzenia mogły normalnie funkcjonować. Moim jedynym zastrzeżeniem, takim małym minusem z punktu widzenia kogoś, kto lubi mieć wszystko „pod sznurek”, jest system parkowania w tej okolicy. Przy latarni i motylarni jest naprawdę ciasno, a znalezienie wolnego miejsca dla większego auta rodzinnego w szczycie lipca to spore wyzwanie, które kosztowało mnie sporo nerwów jeszcze przed wejściem.
Samo wnętrze hali szybko jednak zrekompensowało stres parkingowy. To, co ujęło mnie najbardziej, to fakt, że motyle latają absolutnie swobodnie. Nie ma tu siatek oddzielających widza od owada. Moja córka była wniebowzięta, gdy wielki, błękitny motyl Morpho usiadł na liściu tuż obok jej dłoni. To uczy dzieci czegoś, czego nie da im żaden park rozrywki – cierpliwości i pokory wobec przyrody. Musiały nauczyć się chodzić powoli, patrzeć pod nogi (bo motyle często odpoczywają na ziemi) i zachowywać spokój. W dzisiejszych czasach, gdy wszystko musi być „na już”, taka lekcja uważności jest bezcenna.
Dużą robotę robi przewodnik, który jest w cenie biletu. To osoba z pasją, który potrafi opowiedzieć o mechanizmach obronnych motyli czy ich upodobaniach żywieniowych. Dowiedzieliśmy się na przykład, że te piękne stworzenia chętnie żywią się sfermentowanymi owocami, co dzieciaki uznały za bardzo zabawne. Obserwacja momentu, w którym motyl rozwija ssawkę, by pić sok z pomarańczy, to widowisko naprawdę ciekawe.
Uważam, że dla turystów z każdego zakątka Polski, czy to z gór, czy z centrum kraju, takie miejsca są niezwykle wartościowe. To uczciwa atrakcja, która stawia na edukację i bezpośredni kontakt z żywym zwierzęciem. Wyszliśmy stamtąd bogatsi o konkretną wiedzę i świetne zdjęcia, a przede wszystkim w ciszy, której w parkach rozrywki we Władysławowie próżno szukać. Jeśli ktoś waha się, czy warto poświęcić czas na te „kolorowe owady”, to jako ojciec dwójki wymagających dzieciaków mówię: warto. To miejsce spełnia oczekiwania każdego, kto szuka w wakacjach czegoś więcej niż tylko powierzchownej rozrywki. Nawet ten ścisk na parkingu nie jest w stanie zatrzeć bardzo dobrego wrażenia, jakie zrobiło na nas Rozewie.