Czy Motylarnia Rozewie może rozbudzić u dziecka pasję do przyrody?
Mieszkamy na co dzień w małej miejscowości pod lasem, więc kontakt z naturą mamy właściwie na wyciągnięcie ręki. Wydawało mi się, że nasza jedenastoletnia Zosia jest już przyzwyczajona do widoku owadów czy leśnej zwierzyny, ale brakowało jej takiego impulsu, który zmieniłby zwykłe patrzenie w świadomą obserwację. Podczas naszych ostatnich wakacji we Władysławowie przeżyliśmy mały kryzys edukacyjny. Zosia bardzo chciała zobaczyć tamtejszą wystawę motyli, ale na miejscu okazało się, że to jedynie gabloty z ususzonymi, przyszpilonymi do tablicy okazami. Dla naszej jedenastolatki było to ogromne rozczarowanie. Wyszliśmy stamtąd szybciej, niż weszliśmy, a córka stwierdziła, że nie chce już więcej oglądać „takich atrakcji”.
Musiałem szybko zrobić research, żeby uratować honor wakacyjnych planów, i tak trafiliśmy do Motylarni Rozewie. To był strzał w dziesiątkę, który całkowicie naprawił złe wrażenie z poprzedniego dnia. Zamiast szklanych witryn, weszliśmy do tętniącego życiem, parnego namiotu. I tutaj muszę od razu wspomnieć o jedynym minusie, który dla mojego „domowego planisty” był lekkim wyzwaniem – system płatności i biletowania w szczycie sezonu. Przy wejściu zrobił się spory zator, bo grupa przed nami miała mnóstwo pytań, a obsługa była jedna, więc stanie w słońcu przed halą trochę nas wymęczyło. Jednak to, co zobaczyliśmy w środku, szybko zatarło to drobne poirytowanie.
Zosia była wręcz oniemiała, widząc, że motyle są żywe, latają tuż przed jej oczami. Ta bezpośredniość kontaktu z naturą podziałała na nią inspirująco. Przewodnik w bardzo ciekawy sposób opowiadał o tym, jak motyle piją nektar i dlaczego tak ważne jest zachowanie ich naturalnych siedlisk. Córka spędziła mnóstwo czasu przy talerzu z owocami, patrząc, jak wielkie, kolorowe okazy rozwijają swoje trąbki, by spić z nich słodki sok. To nie była tylko sucha lekcja, ale prawdziwe przeżycie, które kompletnie zmieniło jej postrzeganie świata owadów.
Najciekawsze zaczęło się jednak po naszym powrocie z wakacji do domu. Nasz wiejski ogród, który wcześniej był dla niej tylko miejscem do zabawy, stał się nagle wielkim poligonem badawczym. Zosia przestała prosić o telefon czy komputer, a zamiast tego spędza długie godziny na trawie. Motylarnia Rozewie zaszczepiła w niej ciekawość, która rozlała się na całą rodzimą faunę. Teraz Zosia potrafi z fascynacją opowiadać o ważkach, które polują nad naszym oczkiem wodnym, czy o chrząszczach znalezionych pod korą starej jabłoni.
Ostatnio, po większym deszczu, przyłapałem ją, jak z wielką delikatnością przenosi dżdżownice z chodnika na trawnik, żeby nikt ich nie rozdeptał. Fascynują ją nawet mrówki i ich skomplikowane życie w mrowisku na skraju lasu. Wizyta w Rozewiu nauczyła ją, że każde, nawet najmniejsze stworzenie, ma swoją funkcję i zasługuje na szacunek. Widzę, że te egzotyczne motyle były tylko „bramą”, przez którą weszła w świat entomologii.
Jako ojciec cieszę się, że wybraliśmy to miejsce zamiast martwej wystawy – to była inwestycja w pasję, która teraz owocuje każdego dnia w naszym ogrodzie. Mimo tego momentu czekania w kolejce na wejście, uważam, że warto było poświęcić ten czas. Motylarnia dała mojej córce nowe oczy do patrzenia na świat, który mieliśmy pod nosem, ale którego wcześniej nie potrafiliśmy w pełni docenić.