Wskazówki przed wizytą w motylarni – jak obserwować motyle z bliska?
Wybierając się do Motylarni Rozewie, położonej tuż przy latarni morskiej, spodziewałem się po prostu kolejnej turystycznej atrakcji, którą odhacza się w przerwie między smażoną rybą a spacerem brzegiem morza. Doświadczenie szybko jednak zweryfikowało moje podejście. Jako osoba, która na co dzień żyje w pośpiechu i oczekuje natychmiastowych efektów, lekcja cierpliwości, jaką otrzymałem w Motylarni, była dość osobliwa. Nie jest to miejsce, przez które można przebiec w pięć minut, jeśli faktycznie chce się coś zobaczyć, a nie tylko zrobić jedno zdjęcie na media społecznościowe. Moja historia z tym miejscem zaczęła się od błędu nowicjusza, czyli kompletnego braku przygotowania do warunków panujących wewnątrz hali.
Pierwszą rzeczą, o której warto wspomnieć każdemu, kto planuje wizytę, jest kwestia odpowiedniego ubioru. W środku panuje wysoka temperatura i spora wilgotność, niezbędne dla dobrostanu egzotycznych motyli. Wszedłem tam w grubej, bawełnianej bluzie, bo na zewnątrz wiało od morza, i już po chwili poczułem, że to był błąd. Jeśli chcecie w spokoju obserwować te stworzenia, ubierzcie się na cebulkę, by móc szybko zrzucić zbędne warstwy ubrań. Co ciekawe, kolorystyka naszego stroju ma tu realne znaczenie. Zauważyłem, że osoby w jaskrawych, kwiatowych kolorach – żółciach czy różach – przyciągały uwagę motyli znacznie częściej niż ja ubrany na szaro. Motyle wyraźnie “ciągną” do kolorów, co z punktu widzenia obserwatora jest pożądanym efektem, bo daje szansę na bliskie spotkanie.
Fotografowanie motyli to prawdziwa szkoła pokory. One nie pozują na zawołanie i mają swój własny rytm życia, którego nie da się przeskoczyć nawet najdroższym sprzętem. Często zdarzało się, że gdy już idealnie ustawiłem ostrość na przepięknym okazie Morpho peleides, ten po prostu składał skrzydła, pokazując swoją brązową, kamuflującą stronę, albo odlatywał w gęstwinę liści. Kluczem do sukcesu okazała się cierpliwość i uważna obserwacja. Dopiero gdy przestałem nerwowo krążyć między alejkami i zatrzymałem się na dłużej w jednym miejscu, przyroda wokół mnie zaczęła „ożywać”, a motyle przestały traktować mnie jak intruza.
Stojąc tak w bezruchu przez kilka minut, zacząłem dostrzegać znacznie więcej niż na początku. Wzrok musi się po prostu przyzwyczaić do wypatrywania owadów, które często siedzą nieruchomo na liściach i zlewają się z otoczeniem. Moja wizyta w tym miejscu skończyła się po prostu dobrym humorem i kilkoma ciekawymi obserwacjami. Na początku myślałem, że wejdę, zobaczę wszystko w dziesięć minut i ruszę dalej zwiedzać Rozewie, ale rzeczywistość wymusiła na mnie zmianę planów. To nie jest miejsce, które da się „zalczyć” w biegu, bo motyle to żywe stworzenia, a nie eksponaty przyklejone do ścian.