Kiedy moja koleżanka z biura, Magda, wspomniała o Motylarni Rozewie podczas planowania naszego rodzinnego wypadu do Gdyni, byłam pełna obaw. Każda mama czwórki dzieci w wieku od 7 do 15 lat wie, że znalezienie atrakcji, która nie znudzi licealisty, a jednocześnie nie przytłoczy siedmiolatki, graniczy z cudem. Postanowiliśmy jednak zjechać z głównej trasy i sprawdzić to miejsce. Okazało się, że to była jedna z lepszych decyzji. Jak wyglądała ta przygoda krok po kroku z perspektywy wielodzietnej rodziny?
Etap I: Zakup biletów
Już przy kasie spotkało nas miłe zaskoczenie – obsługa doskonale rozumie dynamikę dużych grup. Po zakupie biletów weszliśmy do namiotu i od razu po tym dało się wyczuć wyraźną zmianę temperatury. Wewnątrz obiektu panuje klimat niemal tropikalny (wysoka wilgotność i około 26-28°C). Moja pierwsza rada dla mam: bezwzględnie zostawcie kurtki i bluzy w samochodzie,ponieważ obiekt nie posiada szatni. Moja najmłodsza, 7-letnia Zosia, początkowo była oszołomiona nagłym uderzeniem ciepła, ale widok pierwszego, ogromnego błękitnego motyla Morpho, który przeleciał nam nad głowami, natychmiast odwrócił jej uwagę od temperatury. Co istotne dla rodzin wielodzietnych, dostępne są promocje, więc zawsze kilka złotych więcej zostaje w kieszeni.
Etap II: Pierwsze kroki w „dżungli”
Po wejściu do głównej hali poczuliśmy się jak w palmiarni. Ścieżki są czytelne, co przy czwórce dzieci jest zbawienne – mogłam mieć na oku 9-letniego Antka, który pędził przodem, i 15-letniego Igora, który z miną eksperta wyciągnął telefon, by polować na najlepsze kadry. Najważniejszą zasadą, którą wpaja obsługa, jest patrzeć pod nogi. Motyle często odpoczywają na ścieżkach, a ich mechanizmy obronne sprawiają, że niektóre z nich wyglądają jak uschnięte liście. To była świetna lekcja uważności dla moich dzieci – nagle przestały biegać, a zaczęły stąpać ostrożnie, niemal na palcach.
Etap III: Eksploracja obiektu
Motylarnia w Rozewiu jest zaprojektowana tak, by prowadzić zwiedzającego przez kolejne etapy życia owada. Największe wrażenie na 11-letniej Mai zrobił inkubator z poczwarkami. Widok rzędów kokonów, z których lada moment może wyłonić się nowe życie, uciszył nawet moich najbardziej rozgadanych chłopców. Igor, który zazwyczaj sceptycznie podchodzi do „atrakcji dla maluchów”, zaczął czytać tablice edukacyjne i aktywnie słuchał przewodnika, co się rzadko zdarza. Kolejnym przystankiem były talerze z owocami – to tam, w pełnym spokoju, mogliśmy przyjrzeć się mechanizmowi ssawki, przez którą motyle piją nektar.
Etap IV: Interakcja z przyrodą i edukacja bez przymusu
To, co wyróżnia Rozewie, to obecność pasjonatów. Jeden z opiekunów podszedł do nas i pokazał dzieciom „motyla sowę” (Caligo eurilochus). Wyjaśnił, dlaczego ma na skrzydłach wzory przypominające oczy drapieżnika. Dzieci chłonęły tę wiedzę, bo nie była podana w formie nudnego wykładu, ale żywej opowieści. Z perspektywy mamy czwórki dzieci doceniam to najbardziej – nikt nas nie poganiał, mogliśmy wracać do ulubionych okazów po kilka razy, co pozwoliło każdemu z moich dzieci przeżyć tę wizytę na własny sposób.
Etap V: Wyjście i „kontrola pasażerów”
Proces opuszczania motylarni jest równie ważny jak wejście. Ponownie przechodzi się przez tunel z lustrami, gdzie trzeba sprawdzić, czy żaden skrzydlaty pasażer nie postanowił „wyjechać” na naszych plecach lub plecakach. Dzieci potraktowały to jako świetną zabawę w detektywów. Na zewnątrz, mimo chłodu, humory dopisywały. 15-latek miał kartę pamięci pełną zdjęć makro, a 7-latka obiecała, że narysuje każdą odmianę, którą zapamiętała.
Podsumowanie dla rodziców:
Jeśli szukacie miejsca, które wyciszy przebodźcowane dzieci, a jednocześnie rozbudzi w nich ciekawość świata, Motylarnia Rozewie jest strzałem w dziesiątkę. To nie jest zwykłe „oglądanie eksponatów” – to zanurzenie się w innym świecie, które uczy szacunku do przyrody i delikatności. Z Gdyni to rzut beretem, a wspomnienia zostają na lata.