Motylarnia jest obecnie zamknięta. Zapraszamy do Motylarni w Helu.

Jak wizyta w Motylarni pobudza wyobraźnię dzieci i dorosłych?

Ostatni dzień wakacji w Jastrzębiej Górze nie musiał oznaczać nudnej trasy do domu. Zamiast odliczać kilometry do końca urlopu, postanowiliśmy z żoną i dzieciakami (8-letni Bartek i 12-letnia Julia) zaliczyć jeszcze jeden, finałowy przystanek. Wybór padł na Motylarnię Rozewie i muszę przyznać, że jako tata dwójki dzieci o skrajnie różnych zainteresowaniach, rzadko trafiam na miejsce, które tak mocno i na tak wielu poziomach pobudza wyobraźnię całej naszej czwórki. 

Dla moich dzieci wejście do namiotu w kształcie kopuły było jak natychmiastowy transfer do wnętrza gry przygodowej. Ich wyobraźnia działała na najwyższych obrotach. Bartek natychmiast wcielił się w rolę „strażnika dżungli”, tropiąc gatunki ukryte w gąszczu roślinności. Dla ośmiolatka każdy liść mógł być potencjalnym motylem Kallima, mistrzem kamuflażu, co zamieniło zwykły spacer w fascynującą grę strategiczną. Dziecięca wyobraźnia nie potrzebuje skomplikowanych wykładów – im wystarczył fakt, że motyl Attacus atlas posiada wzory przypominające głowy węży. To od razu zrodziło w ich głowach dziesiątki pytań: „Czy on myśli, że jest kobrą?”, „Czy ptaki dają się na to nabrać?”. W ich świecie biologia miesza się z magią, a Rozewie tę granicę całkowicie zaciera.

Nasza perspektywa – moja i żony – była zgoła inna, choć równie intensywna. Dorosły w motylarni nie szuka przygody w sensie fizycznym, ale wpada w pewien rodzaj estetycznego oszołomienia, który pobudza wyobraźnię w kierunku designu i doskonałości inżynierii natury. Patrząc na opalizujące skrzydła Morpho peleides, nie mogłem przestać myśleć o tym, jak genialnym konstruktorem jest ewolucja. Moja wyobraźnia uciekała w stronę nowoczesnych technologii – zastanawiałem się, jak te mikroskopijne struktury załamują światło i dlaczego my, ludzie, wciąż mamy problem z odtworzeniem tak głębokiego, „żywego” błękitu bez użycia grama barwnika. Dla nas wizyta była momentem wyciszenia, który pozwolił wyobraźni odpocząć od codziennych spraw i skupić się na matematycznej wręcz precyzji natury.

Najciekawszym punktem styku naszych dwóch światów był inkubator z poczwarkami. Dzieci wyobrażały sobie, co czuje motyl „wykluwając się” i czy boi się pierwszego lotu. My z żoną analizowaliśmy ten proces jako niesamowitą, biologiczną transformację – od żarłocznej gąsienicy, do kompletnie nieruchomej i “ledwo żywej” poczwarki. To skłaniało do refleksji nad tym, jak ogromny potencjał drzemie w każdym żywym organizmie. Motylarnia w sierpniu, mimo panującego wewnątrz tropikalnego ciepła, oferuje rodzaj mentalnego odświeżenia, którego próżno szukać w innych atrakcjach.

Wyjeżdżając z Rozewia w stronę domu, w aucie panowała zupełnie inna atmosfera niż zwykle przy powrotach. Nie było marudzenia na korki. Dzieciaki wzięły tablety i zaczęły rysować własne, wymyślone gatunki motyli, łącząc cechy tych, które właśnie widziały. My z żoną rozmawialiśmy o tym, jak niesamowicie natura potrafi nas zaskoczyć i zainspirować do myślenia poza schematami. To był najlepszy możliwy finał wakacji – moment, w którym cała nasza rodzina, choć każde na swój sposób, dała się porwać skrzydlatej fantazji.